Kontekst

„Slow TV” po nordycku — czy spokojne seriale trafiają do polskiego widza?

Minimalistyczna narracja, długie ujęcia i brak sztucznie pompowanego napięcia — dlaczego to działa?

Szeroki krajobraz zamglonego skandynawskiego fiordu o świcie w łagodnym lazurowym świetle

Skandynawska telewizja od lat kojarzona jest z kryminałami — Wallander, Most nad Sundem, Bordertown. Ale w cieniu tych marek rośnie inny nurt: produkcje powolne, kontemplacyjne, skupione na codzienności i naturze. „Slow TV” to termin zapożyczony z norweskiej telewizji publicznej NRK, która od 2009 roku emituje wielogodzinne transmisje z podróży pociągiem przez norweskie fiordy lub połowów łososia. Ale we współczesnym serialarskim sensie „slow” oznacza coś innego: rezygnację z cliffhangerów na rzecz nastroju, z szybkich cięć na rzecz przestrzeni dla aktora.

Takimi serialami są na przykład duński „Arvingerne” (znany w Polsce jako „Dziedzictwo”), który przez cztery sezony obserwuje rodzinę artystki po jej śmierci. Albo fińska „Sorjonen”, czyli Bordertown — technicznie kryminał, ale nakręcony w tempie, które pozwala zobaczyć bohaterów jako ludzi, nie funkcje fabularne. Czy polscy widzowie są na to gotowi? Dane z serwisów streamingowych wskazują, że tak — „Dziedzictwo” miało w Polsce znacznie wyższy wskaźnik ukończenia sezonu niż typowe produkcje akcji. Widzowie, którzy zaczynają, zostają. Problem jest na etapie przekonania kogoś do pierwszego odcinka, kiedy nie ma sceny wybuchu ani zwrotu akcji w pierwszych pięciu minutach. Redakcja Grupy Kowalczyk przygotowała listę pięciu takich tytułów z uzasadnieniem — znajdziesz ją w naszym następnym zestawieniu. Ten artykuł to kontekst i zaproszenie do gatunku.

Lubisz spokojne, klimatyczne seriale?

Śledź nasze zestawienia — regularnie wracamy do nordyckiego kina i serialowej Europy.

Przejdź do artykułów